SZLAK >> GMINY >> KRAKÓW

Powstańczym szlakiem po Krakowie

Nadgraniczny Kraków uczestniczył aktywnie w powstaniu. Walki trwały w Królestwie, do którego wyruszały kolejne oddziały formowane w Krakowie. Tutaj przygotowywano amunicję i rynsztunek, szyto mundury. Tutaj znajdowali schronienie i opiekę ranni powstańcy. W Krakowie także walczono, a przeciwnikiem był tutaj austriacki zaborca, początkowo neutralny, później wrogi. Spacerując ulicami Krakowa napotkamy wiele miejsc związanych nie tylko z tragicznymi latami 1863-64, ale także z czasami późniejszymi, kiedy to Kraków - korzystający już ze swobód, jakie dawała konstytucyjna Austria - stał się strażnikiem narodowej pamięci o powstaniu styczniowym.

Wędrówkę szlakiem powstania zaczynamy w kościele OO. Kapucynów przy ulicy Loretańskiej 11, gdzie znajduje się tablica upamiętniająca dyktatora powstania Romualda Traugutta, ufundowana przez jego córkę.

Krakowskie klasztory zawsze zaangażowane były w walkę o niepodległość. Konspiracja rządzi się jednak swoimi, surowymi prawami, nie cofając się przed trudnymi decyzjami. Dnia 6 lutego 1864 roku obok klasztoru Kapucynów "zlikwidowano" konfidenta austriackiej policji. nazwiskiem Chojnacki.

Idąc ulicą Kapucyńską w kierunku Plant mijamy po prawej ręce budynek szkoły. Kiedyś w tym miejscu znajdował się budynek ujeżdżalni, nazywanej "Pod kapucynami". To tutaj Austriacy przetrzymywali internowanych powstańców. Krakowski dziennik "Czas" donosił 24 marca 1863 roku: "Dzień wczorajszy i onegdajszy nie wyjdą z pamięci miasta naszego. Znaczną liczbę powstańców umieszczono po różnych zabudowaniach, mianowicie w ujeżdżalni pod Kapucynami, a krakowianki, począwszy do wielkiej pani przywożącej karetą kosze z jadłem i napitkami tudzież ciepłą odzież, aż do przekupki i ubogiej służącej dźwigającej w koszu lub pod pachą skromny posiłek, cisnęły się na placu przed Kapucynami, by jedna przed drugą podać zgłodniałym braciom jadło".

Ulicą Kapucyńską dochodzimy do Plant, a Plantami do ulicy św. Anny. Jesteśmy w kwartale uniwersyteckim. W powstaniu wzięło udział wielu studentów krakowskiej uczelni. Nie powstrzymała ich odezwa c.k. Senatu Akademickiego wydana 8 lutego 1863 roku, w której wręcz zaklinano młodzież, aby nie brała udziału w "nadzwyczajnych w Królestwie Polskim zaszłych wypadkach". Przypominano, że "przepisy akademickie, wola Waszych rodziców, pomyślność kraju wymagają od Was, abyście usilną nieprzerwaną pracą sposobili się do zawodu obywatelskiego, w którym służyć macie Ojczyźnie." Odezwa kończyła się słowami: "Niech Was Pan Bóg oświeci i ochroni od nierozważnych porywczych kroków." Skręcamy w lewo, w ulicę Jagiellońską i dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Szewską i narożnego domu oznaczonego numerem Jagiellońska 7. To tu dnia 7 sierpnia 1863 roku nastąpił wybuch prochu w tajnej wytwórni amunicji. W wyniku eksplozji zginęło pięć osób. Jedną z ofiar była licząca dwa lata Ludka Królikowska, której nagrobek, ufundowany przez babcię, zachował się do dziś na cmentarzu Rakowickim.

Idąc dalej ulicą Jagiellońską dochodzimy do Placu Szczepańskiego. Dziś, na początku XXI wieku ożywa on tylko okresowo, kiedy występuje na nim jakiś zespół lub ustawione zostaną plansze organizowanej pod gołym niebem wystawy. Kiedyś na Placu handlowano. Między innymi sprzedawali tutaj swój słynny chleb prądnicki piekarze z leżącego blisko rosyjskiej granicy Prądnika Białego. Dnia 17 sierpnia 1863 miały tutaj miejsce wydarzenia, o których tak pisał krakowski dziennik "Czas": "Wczoraj wieczór krążyły między ludem różne pogłoski, to że oprócz postrzelonych na Prądniku Białym powstańców przez patrole wojskowe, znaleziono tam jeszcze parę powstańców zabitych, i że zginęli oni z rąk Prądniczanów, to znów, że ks. Żurek zginął na Prądniku, z pobicia przez Prądniczanów, dalej znów, że na denuncyacyę Prądniczan zabrano powstańcom rzeczy na folwarku Rozdziałowskim, który, jak wiadomo należy do Zielonek, a graniczy z Białym Prądnikiem; słowem ze wszystkich tych pomąconych wieści jedno wyrodziło się mniemanie, że Prądniczanie denucyują, chwytają powstańców, obdzierają ich, wydają w ręce patroli a nawet zabijają ich. Zwalano także na Prądniczan winę przyaresztowania jeszcze na wiosnę kilkudziesięciu powstańców, którzy w ich wsi się ukrywali. Nagła więc przeciw Prądniczanom nienawiść przyszła dziś do wybuchu na placu Szczepańskim, gdzie Prądniczanie trudniący się wypiekiem chleba zwanego promnickim a właściwie prądnickim, mają swoje stragany piekarskie. Lud rzucił się na stragany, pogruchotał je, rozpędził piekarzy prądnickich, zabrał im chleb tak ze straganów, jak po części ze składów w okolicznych domach i wytłukł okna w szynku w domu niegdyś Pacakowym, gdzie pewna ilość chleba była złożona." Niechęć do prądnickich piekarzy była tak silna, że władze nie widziały innego sposobu ukrócenia zamieszek, jak przeniesienie sprzedaży chleba prądnickiego na plac św. Ducha.

Ulicą św. Tomasza dochodzimy do ulicy Sławkowskiej, którą mijamy. Idąc dalej przechodzimy obok zabudowań Hotelu Saskiego. W czasie powstania w hotelu tym funkcjonował szpital dla rannych powstańców. Było to możliwe dzięki ofiarności Zofii Wodzickiej, żony Franciszka, która ufundowała dwanaście łóżek i opłacała funkcjonowanie szpitala.

Skręcamy w lewo w ulicę św. Jana. Idąc w kierunku zamykającego ulicę kościoła Pijarów mijamy ulicę św. Marka. Tutaj 22 czerwca 1863 roku dokonano nieudanego zamachu na konfidenta austriackiej policji. Zdarzenie to tak opisał krakowski "Czas": "Wczoraj w południe znany ajent policyjny Siatkowski wracający do mieszkania swego przy ul. Ś. Jana za dawnym teatrem, ugodzony był przez niewiadomego sprawcę nożem, czy też sztyletem w szyję, o nie wiele kroków od mieszkania swego. Krakauer Ztg nie wymieniając nazwiska owego ajenta, mówi, że tenże otrzymał od jakiegoś młodego mężczyzny cios w szczękę i że jest lekko pokaleczony. W mieście zaś utrzymuje się pogłoska, że Siatkowski ugodzony został w piersi, lecz nóż czy też sztylet utknął na drucianej kolczudze, którą nosił pod odzieżą i dopiero drugi cios wymierzony w szyję ugodził go i ranił niebezpiecznie. Gdy się wieść o tym zamachu rozeszła po mieście, tłum ludzi przeciągał po ulicy Ś. Jana, zapewne, aby się dowiedzieć szczegółów o tym wypadku. Patrole rozganiały nie tyle ciekawych co raczej uliczników, którzy się dobijać mieli do kamienicy, gdzie mieszkał raniony ajent. Rzucać miano nawet kamieniami na patrol, a ten kolbą i bagnetem wypróżnił ulicę."

Dochodzimy do kościoła Pijarów, w którym przez lata odprawiano co roku msze w intencji uczestników i przywódców powstania, które dyskretnie obserwowała austriacka policja. Między innymi w 1893 roku krakowska Dyrekcja Policji przekazała Prezydium Namiestnictwa we Lwowie następującą informację:

"Mam zaszczyt donieść, że dnia dzisiejszego o godzinie 10 odprawione zostało w kościele X.X. Pijarów zwykłe doroczne nabożeństwo za spokój dusz pięciu członków byłego Rządu narodowego ... między dość licznie zabraną publicznością, składającą się przeważnie z dam tutejszych oraz mieszczan, reprezentowane były cechy z chorągwiami."

Ulicą Pijarską dochodzimy do Bramy Floriańskie, przy której skręcamy w ulicę Floriańską. Idąc w kierunku Rynku Głównego mijamy po lewej stronie Dom Jana Matejki oznaczony numerem 41. Jan Matejko, ze względu na słabe zdrowie nie wziął bezpośredniego udziału w walkach, był jednak bardzo zaangażowany w powstanie, w którym walczyli jego bracia. Między innymi przewoził przez granicę broń dla oddziału Langiewicza oraz ofiarował na cel powstania sporą kwotę pięciuset guldenów. Idąc dalej ulicą Floriańską mijamy Hotel "Pod Różą", który mieści się w budynku oznaczonym numerem 14. To w tym hotelu austriacka policja aresztowała Jana Kurzynę-Pelszewskiego, współpracownika generała Ludwika Mierosławskiego. Przy zatrzymanym znaleziono nie tylko kompromitujące dokumenty, lecz także kasę mierosławczyków, czyli 23 tysiące franków. Warto pamiętać, że do 1863 roku hotel ten nazywany był Rosyjskim, gdyż w nim zatrzymał się kiedyś car Aleksander I. Oczywiście po powstaniu nazwa musiała być zmieniona.

Ulicą św. Tomasza dochodzimy do ulicy Szpitalnej, skręcamy w prawo i po lewej stronie mijamy oznaczony numerem 7 dom "Pod Rakiem", gdzie w czasie powstania styczniowego miał swoją siedzibę punkt werbunkowy, o czym przypomina umieszczona na fasadzie tablica pamiątkowa.

Ulicą Szpitalną dochodzimy do Placu i Kościoła Mariackiego, w którym przed wybuchem powstania odprawiano cieszące się wielką popularnością msze w intencjach patriotycznych. Idąc wzdłuż pierzei Rynku mijamy kamienicę Rynek Główny 13, w której mieściła się apteka "Pod Złotą Głową" należąca do powstańczego naczelnika Krakowa, farmaceuty Adolfa Aleksandrowicza oraz jego prywatne mieszkanie, w gdzie odbywały się spotkania władz konspiracyjnych Krakowa.

Idąc ulicą Grodzką dochodzimy do Placu Dominikańskiego. To tutaj 26 maja 1864 roku dokonano udanego zamachu na Karola Hoggendorfa, konfidenta austriackiej policji. Mijamy Klasztor Dominikanów, z którym wiąże się wydarzenia, jakie miało miejsce 2 czerwca 1863 czyli surowe ukaranie "dziada", za to, że przeszkodził powstańcowi uciekającemu przed policją schronić się do klasztoru. Jak pisał "Czas" : "... jakiś człowiek ścigany był przez dwóch policjantów na ulicy Stolarskiej, i gdy właśnie chciał się chronić w krużganki dominikańskie, zastąpił mu drogę jakiś dziad i przytrzymał. Gdy aresztowanego odprowadzili policjanci, przekupki opadły tego ochoczego pomocnika i obiły go." Na tym się jednak nie skończyło. Kiedy obity "dziad" opuścił śródmieście i udał się na Krowodrzę, podeszło do niego kilku ludzi. Kara, jaką mu wymierzyli, miała wymiar wręcz symboliczny. Współpracującemu z policją żebrakowi odcięto jedno ucho.

Idąc ulicą Dominikańską dochodzimy do wylotu ulicy Poselskiej, w którą skręcamy. Dochodzimy budynku oznaczonego numerem 22, czyli do hotelu "Wawel". W 1863 roku hotel ten nosił nazwę "Pod Czarnym Orłem", a jego właścicielem był Marian Dworski, członek powstańczych władz. To tu spotykali się konspiratorzy "zachowując przy tem bardzo rozległe środki ostrożności. Posterunki awizacyjne młodzieży kadrowej stały już na ulicy Grodzkiej i na plantach, a następnie na obu wylotach ulicy i przed samym hotelem. W razie pojawienia się jakiejkolwiek podejrzanej osobistości cały łańcuch alarmował swoich sąsiadów i członkowie ławy mieli co najmniej 10 minut na rozejście się z numeru 42, w którym odbywały się obrady, do swoich numerów oraz ukrycie papierów i pieczęci."

Dochodzimy do ulicy Grodzkiej. Idąc w kierunku Wawelu mijamy barokowy kościół św. Piotra i Pawła. Warto wejść do środka i zobaczyć wykonany przez rzeźbiarza Antoniego Madeyskiego posąg Maurycego Drużbackiego, rozstrzelanego 11 grudnia 1863 roku w Kijowie.

Opuszczamy ulicę Grodzką i przez Plac św. Marii Magdaleny dochodzimy do ulicy Kanoniczej. Idąc Kanoniczą w kierunku Wawelu zatrzymujemy się przed budynkiem oznaczonym numerem 24. Historycy nazywają go "Pałacem Górków". W wieku XIX był to areszt, który krakowanie nazywali "Pod Telegrafem". W 1863 roku Austriacy przetrzymywali w nim internowanych powstańców. Jednym z nich był adiutant Mariana Langiewicza, Michał Smok czyli Anna Pustowojtówna. Internowana wraz z Langiewiczem, została przewieziona do Krakowa i umieszczona w areszcie "pod Telegrafem" u stóp Wawelu, w którym więziony jest Langiewicz. Wiadomość o zatrzymaniu dziewczęcego adiutanta dostaje się do prasy europejskiej. Zapewne dlatego Pustowójtówna, choć formalnie internowana, może opuszczać areszt, a nawet spotykać się z zagranicznymi dziennikarzami. Po wywiezieniu Langiewicza z Krakowa zwolniono Pustowójtównę z aresztu pod warunkiem napisania oświadczenia, że nie weźmie już udziału w powstaniu.

Wawel, dawną siedzibę królów polskich zamienili Austriacy na koszary oraz więzienie wojskowe. To tutaj przetrzymywali między innymi Mariana Langiewicza, internowanego dyktatora powstania.

Idąc w prawo dochodzimy do Plant. Główna alejka doprowadzi nas do wylotu ulicy Poselskiej i do Muzeum Archeologicznego. Pierwotnie był to klasztor karmelitów bosych oraz kościół pod wezwaniem św. Michała, później Austriacy ulokowali tam więzienie.

W więzieniu tym przetrzymywano powstańców oraz osoby podejrzane o sprzyjanie powstaniu. Zatrzymywano bowiem nie tylko w związku z rzeczywistym zaangażowaniem w konspirację, ale także "profilaktycznie". Do cel więziennych u św. Michała trafiali ludzie, którzy - zdaniem austriackich władz - mogli poprzeć powstanie. Między innymi bez żadnych konkretnych powodów aresztowano przybyłego do Krakowa pułkownika armii tureckiej Mehmed-beja, czyli Saturnina Kleczyńskiego, którego po zwolnieniu z więzienia wydalono przymusowo do Bawarii. Jednym z zatrzymanych był komediopisarz Michał Bałucki. Tradycja mówi, że to właśnie wtedy w celi u św. Michała powstała pieśń "Góralu, czy ci nie żal", którą autor "Grubych ryb" napisał zainspirowany opowieściami współwięźnia, górala rodem z Chochołowa.

wstecz



              Strona Małopolskiego Szlaku Powstania Styczniowego