HISTORIA  >  NAPISALI O NAS  >  SZCZEGÓŁY
2013-01-15
Wobec nadzwyczajnych w Królestwie Polskiem

We czwartek 12 lutego 1863 roku w krakowskim "Czasie" ukazało się ogłoszenie następującej treści: "Z powodu wstrzymanej komunikacji do Królestwa Polskiego są po cenie bardzo umiarkowanej u Juliusza Grossa w Krakowie Nr. 99 ulica Grodzka, następujące świeże przysmaki zagraniczne częściowo do nabycia: Głowa wieprzowa nadziana - Cietrzew nadziany - Kiszki z gęsiej wątroby z truflami (na kształt pasztetów) - Kiszki sardelowe z wątrobą - Szynki prasowane."

Kiedy krakowianie czytali ten inserat w nieodległym zaborze rosyjskim od trzech tygodni trwało powstanie, nazwane później styczniowym. Kłopoty, jakie stały się udziałem pana Grossa, handlującego delikatesami przy ulicy Grodzkiej i bardzo zmartwionego brakiem nabywców, choć bezwątpienia bardzo dla niego istotne, były naprawdę drobną sprawą w porównaniu do innych wyzwań, które stanęły wówczas przed krakowianami. Już 23 stycznia, a więc dnia następnego po wybuchu powstania, targ zbożowy był zdecydowanie nieudany, gdyż - jak pisała następnego dnia krakowska prasa - "bardzo mało zboża zwieziono z Królestwa Polskiego". Zrozumiałe więc jest stwierdzenia, jakie wówczas padło, że "w Krakowie usposobienie jest nieprzyjazne spekulacyi zbożowej i dla tego prawie nic nie robiono w tym towarze." Jednych martwiły ceny zboża, innych zdarzenia, jakie miały miejsce za kordonem granicznym. Jak pisał "Czas" z 28 stycznia "Wobec wypadków w Kongresówce posępne miasto nasze bardziej jeszcze posmutniało. ... Już na pierwszą wieść o brance warszawskiej, napełniły się kościoły pobożnymi, którzy modły swoje tylko mogli słać za biednych braci i błagają Pana, aby zlitował się nad biednym nieszczęsnym narodem." Wkrótce jednak okazało że nie wszyscy krakowianie ograniczają się do modłów za cierpiących braci. Znalazło to między innymi wyraz w gwałtownym wzroście popytu na broń. Józef Kościesza-Ożegalski, w 1863 roku piętnastoletni uczeń krakowskiej szkoły, tak oto po trzydziestu latach wspominał: "Gdym wychodził z klasy, najmilszą moją rozrywką było pójść do rusznikarza Hoffelmeiera i oglądać u niego rozmaitą broń, z której chciałem sobie coś wybrać, lecz na nieszczęście moja studencka kasa za mała była, abym mógł kupić choć najlichszą strzelbę, tym bardziej, iż z wybuchem powstania wszelka broń do niesłychanych doszła cen w Krakowie. Najlichsza pojedynka kosztowała dwadzieścia pięć reńskich." O owym rusznikarzu Ignacym Hoffelmeierze opowiadano, że umiał wykorzystać koniunkturę. Razem z krakowskim kupcem Chwalibogowskim skupowali starą broń, aby później z zyskiem sprzedać zapalczywej młodzieży lub przedstawicielom powstańczych władz.

Jak zanotował pamiętnikarz, u rusznikarza Hoffelmeiera najtańsza strzelba myśliwska, czyli owa licha pojedynka, kosztowała dwadzieścia pięć reńskich. Cenę ten warto podkreślić i zapamiętać, bowiem jest ona kolejnym argumentem przemawiającym przeciwko pewnej, po dziś dzień funkcjonującej w Krakowie legendzie. Otóż słyszy się czasem, że komenda krakowskiego garnizonu ogłosił, iż cesarki wojak, któremu gdzieś zawieruszy się gwer (czyli karabin), będzie musiał zwrócić jego równowartość. Już przeszło stu laty z legendą tą próbował rozprawić się Wacław Tokarz. W wydanej tuż przed I wojną światową książce "Kraków w początkach powstania styczniowego i wyprawa na Miechów" pisał:

"Opowiadano, że Austrya obiecała z pewnością otworzyć granicę, dała już 8.000 karabinów. Do tej samej kategorii pogłosek należało i opowiadanie, że komenda krakowska rozkazem dziennym oznajmiła, iż żołnierz, który zgubi karabin, zapłaci 15 złr., a więc pośrednio wzywała szeregowców do sprzedawania broni organizacji miejscowej, która tak dobrze płaciła wówczas za nią. Pogłoska to bardzo naiwna, choć tak dawno utrwalona w naszej literaturze i zawsze spotykająca się z zupełną wiarą. Żadna armia nie mogłaby sobie pozwolić na coś podobnego bez głębokiego zdemoralizowania żołnierza."

Do upowszechnienia legendy o rzekomym zwrocie kosztów zgubionej broni upowszechnił Ludwik Dębicki, kiedyś czołowy publicysta krakowskich konserwatystów, autor między innymi wydanych w 1896 roku "Trzech pokoleń w Krakowie". W książce tej można przeczytać, że po wybuchu powstania austriacki "komendant twierdzy ogłasza plakat, że kto z żołnierzy zgubi karabin, ma 12 złr. zapłacić - co znaczy, że może karabin sprzedać." Legenda o pozwoleniu na sprzedaż karabinów ma widać twardy żywot i nawet dziś, po 150. latach od wybuchu powstania, jest powtarzana. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że przecież znana gospodarności i oszczędności austriacka administracja wojskowa z pewnością nie byłaby skłonna oddawać dobrego i celnego karabinu Lorenz M1854 za 15 lub 12 złotych reńskich w czasach, gdy najtańsza strzelba myśliwska, pojedynka kosztowała u krakowskiego rusznikarza 25 reńskich.

Stosunek władz austriackich do wymierzonego przeciwko Rosji polskiego powstania był - jak to często bywało w dziejach monarchii habsburskiej - zastanawiający. Z jednej strony rewizje i aresztowania, z drugiej, jakaś zdumiewająca bezczynność. Wspomniany już Józef Kościesza-Ożegalski pisze w swoich pamiętnikach: "Pewnego dnia, wyszedłszy na miasto, zobaczyłem koło Kleparza konnych powstańców w białych kapotach i czerwonych krakuskach, brakowało im tylko pałaszy i lanc. Dowiedziałem się od nich, że są z oddziału Langiewicza i że przyjechali po zakupno prowiantów, bo stoją obozem w Goszczy, trzy mile od Krakowa. Policya nie zaczepiała ich wcale widząc uwijających się po mieście." A jednocześnie podwawelska prasa donosi o rewizjach i aresztowaniach. Już 3 lutego krakowska Dyrekcja Policji ogłasza, że działania przeciwko Rosji "stanowią zbrodnię zamieszania spokojności i według brzmienia § 66 ustawy karnej ulegają (!) karze więzienia od roku do lat pięciu, przy obciążających zaś okolicznościach karze ciężkiego więzienia od pięciu do lat dziesięciu. Ostrzega się przeto mieszkańców miasta Krakowa, ażeby wstrzymali się od wszelkiego udziału w powstaniu wybuchłem w Królestwie Polskim. Spodziewać się należy po zdrowym rozsądku ludności, iż żadne tego rodzaju wykroczenia nie zakłócą porządku i spokojności, i władze nie zostaną zmuszone do użycia surowości prawa naprzeciw przekraczającym." Obwieszenie to rozplakatowano w środę 4 lutego. W nocy tego samego dnia przeprowadzono rewizję w domu Pod Rakiem przy ulicy Szpitalnej . Policja szukała tam "biura zaciągowego". Aresztowano mieszkającego w tej kamienicy Józefa Mikołajewicza-Mięttę, choć - jak twierdził "Czas" - w jego mieszkaniu "nie znaleziono dowodów przeciwko niemu mówiących". Od tego dnia prawie codziennie krakowianie dowiadywali się o nowych rewizjach. Zgodnie ze starym - obowiązującym zresztą jeszcze w dwudziestym stuleciu - zwyczajem rewizje dokonywane były w nocy lub nad ranem. Trzeba przyznać, że krakowska policja rzeczywiście miała dużo roboty. W nocy 6 lutego przeszukano dwa mieszkania przy ulicy Żydowskiej, czyli dzisiejszej św. Tomasza. U Władysława Muszyńskiego - którego zresztą nie zastano w mieszkaniu i drzwi wejściowe musiał otworzyć zawezwany ślusarz - szukano broni. Ponieważ takowej nie znaleziono przeprowadzający przeszukanie urzędnik policyjny musiał się ukontentować torbą myśliwską, kilkoma sztukami myśliwskiej amunicji oraz pewną sumą gotówki, która podobno przechowywana była w sposób budzący podejrzenia, czyli leżała na stole. Drugą rewizję przeprowadzono w mieszkaniu znanej krakowskiej aktorki, panny German. Nie bardzo wiadomo, jakie znajdujące się w tym lokalu przedmioty wzbudziły podejrzenie c.k. urzędnika, ale dokonano tam aresztowania, przy czym do aresztu nie trafiła artystka dramatyczna, ale jej służąca. W dzień później, bo 7 lutego policja wkroczyła do mieszkania rzeźbiarza Parysa Filippiego. Także i tym razem rewizja odbyła się pod nieobecność gospodarza. Mieszkanie syna musiała otworzyć matka. W siedzibie młodego artysty znaleziono i zarekwirowano miecz, który podobno służył mu jako model, oraz "kruciczkę (!) kieszonkową z odrobiną prochu".

Austriacka policja nie ograniczała się do przeprowadzania rewizji w mieszkaniach osób, które z jakichś względów uznano za podejrzane. W początku lutego 1863 roku prasa codziennie donosiła o zatrzymaniach spieszących do powstania ochotników. Czasem zatrzymywano ludzi oskarżonych o propowstańczą agitację. Tak było we wtorek 9 lutego, kiedy to aresztowano drukarza, który będąc w stanie nietrzeźwym namawiał policjanta, spotkanego w szynku przy placu Szczepańskim, aby ten porzucił służbę cesarską i udał się do powstańczego obozu w Ojcowie.

Policjant raczej nie wyruszył do Ojcowa, aby wstąpić w szeregi powstańcze. Wyruszyło tam natomiast wielu akademików, czyli słuchaczy szkół wyższych. Nie powstrzymała ich odezwa, jaką 8 lutego wystosował do młodzieży "C.k. Senat Akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego". W dokumencie tym wręcz zaklinano młodzież, aby nie brała udziału w "nadzwyczajnych w Królestwie Polskim zaszłych wypadkach". Przypominano, że "przepisy akademickie, wola Waszych rodziców, pomyślność kraju wymagają od Was, abyście usilną nieprzerwaną pracą sposobili się do zawodu obywatelskiego, w którym służyć macie Ojczyźnie." Odezwa kończyła się słowami: "Niech Was Pan Bóg oświeci i ochroni od nierozważnych porywczych kroków."

Nie wszyscy studenci Uniwersytetu posłuchali tej odezwy. Kiedy jednego z nich, noszącego historyczne nazwisko, usiłowano powstrzymać przed wyruszeniem do powstania, przypominając mu, że nie powinien podejmować tak ważnej decyzji bez zgody swojego ojca, odpowiedział: "Ojciec ucieszy się, kiedy pierwszy wejdę do Warszawy!".

Michał Kozioł

wstecz



              Strona Małopolskiego Szlaku Powstania Styczniowego